Zapisz swoję ulubione piosenki

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:




Kiedy nedzarz umiera, a smierc swoje proso
Sypie mu na przynete, by w trumne szedl boso,
Rodzina z swej ofiarnej rozpaczy korzysta,
By go obuc na wiecznosc, bo zbyt jest ciernista -
I grosz trwoniac ostatni dla nog niedolegi,
Zdobywa buty z l/yka, tak zwane trupiegi.
A gdy go juz wystroi w te zbytki zebracze,
Wowczas dopiero widzi, ze nedzarz - i placze!

Ja - poeta, co z nedzy chcialem sie wymigac,
Aby spiewac bez troski i wiecznosc rozstrzygac,
Gdy mnie w noc okradziono, drwie z ziemskiej mitregi,
Bo wiem, ze tam - w zaswiatach mam nowe trupiegi!
Dar kochanki czy wrogow chytra zapomoga? -
Wszystko jedno! W trupiegach pobiegne do Boga!
I bede sie chelpliwie przechadzal w zaswiecie,
Wlasnie tam i z powrotem po oblokow grzbiecie,
I raz jeszcze - i nieraz - do trzeciego razu,
Nie szczedzac oczom Boga moich stop pokazu!
A jesli Bog, cudaczna urazony pycha,
Wzgardzi mna, jak nicoscia, obuta zbyt licho,
Ja - gniewny, nim sie duch moj z prochem utozsami,
Bede tupal na Niego tymi trupiegami!


Zamarły róż okrzyki ku słońcu w wyżynie,
I lasów rozechwianych śpiew - o samym śpiewie -
Szmer przykazań miłosnych w płomienistym krzewie -
Wszystko nagle zamarło w tej oto godzinie!

A życie wśród zamarłych tak łatwo się płoszy,
Że samochcąc przelana domyślnym strumieniem
Krew własna - purpurowym jest tylko stwierdzeniem
Tego, co już się stało!... - O, stwierdzeń rozkoszy!...

Twój wybraniec, dbający o cześć swej korony,
Na miecz ją w swoich ogniach przetopił samotnie,
I miecz, ostrzem ku światu tak długo zwrócony,
Zwróci teraz ku sobie natychmiast, bezzwrotnie!...

Lecz jarzma wyczekiwań nie wdzieje na szyję,
Nikomu nie zawdzięczy przepychu swej męki!
Choć życie przyjął z ręki jakiegoś: "Niech żyje!" -
Śmierć - ów pokarm ostatni - przyjmie z własnej ręki!

Śmiało w ślepie zaziera szalonej ochocie
On, co więcej zdobywa, aniżeli traci!
Niech mu dusza nie będzie leniwą w odlocie!
Niech się serce o jeden miecz jeszcze wzbogaci!

Bo może w tej godzinie, w tej najmniej zwodniczej,
Znajdzie w sobie godnego swej napaści wroga,
I rażąc siebie mieczem, spragnionym zdobyczy,
W piersi własnej własnego dorąbie się boga!


Wieczorem było, wieczorem, 
Gdy zorza gasła nad borem.
Dzienny ulatniał się skwar,
Rosa nam spadła na głowy
I zmierzchem dymił się jar,
Jar kalinowy.


Z daleka idzie, z daleka
Ten mrok, co kwiatów się zrzeka.
Gdy płosząc ospałą woń,
Chłód powiał nad pola zżęte,
O moją zagrzałaś skroń
Dłonie zziębnięte.


Nie wolno patrzeć, nie wolno
Bez pieszczot w ciemność dokolną!
Zbłąkanych w obszarach pól
Nie złączy żaden sen złoty,
Ni lęk, ni zgroza, ni ból,
Nic - prócz pieszczoty!