Kiedy nedzarz umiera, a smierc swoje proso
Sypie mu na przynete, by w trumne szedl boso,
Rodzina z swej ofiarnej rozpaczy korzysta,
By go obuc na wiecznosc, bo zbyt jest ciernista -
I grosz trwoniac ostatni dla nog niedolegi,
Zdobywa buty z l/yka, tak zwane trupiegi.
A gdy go juz wystroi w te zbytki zebracze,
Wowczas dopiero widzi, ze nedzarz - i placze!
Ja - poeta, co z nedzy chcialem sie wymigac,
Aby spiewac bez troski i wiecznosc rozstrzygac,
Gdy mnie w noc okradziono, drwie z ziemskiej mitregi,
Bo wiem, ze tam - w zaswiatach mam nowe trupiegi!
Dar kochanki czy wrogow chytra zapomoga? -
Wszystko jedno! W trupiegach pobiegne do Boga!
I bede sie chelpliwie przechadzal w zaswiecie,
Wlasnie tam i z powrotem po oblokow grzbiecie,
I raz jeszcze - i nieraz - do trzeciego razu,
Nie szczedzac oczom Boga moich stop pokazu!
A jesli Bog, cudaczna urazony pycha,
Wzgardzi mna, jak nicoscia, obuta zbyt licho,
Ja - gniewny, nim sie duch moj z prochem utozsami,
Bede tupal na Niego tymi trupiegami!
W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałas na oślep skrwawione ich sokiem.
Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,
I szedł tyłem na grzbiecie jakis żuk kosmaty.
Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.
I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.
I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.
Wieczorem było, wieczorem,
Gdy zorza gasła nad borem.
Dzienny ulatniał się skwar,
Rosa nam spadła na głowy
I zmierzchem dymił się jar,
Jar kalinowy.
Z daleka idzie, z daleka
Ten mrok, co kwiatów się zrzeka.
Gdy płosząc ospałą woń,
Chłód powiał nad pola zżęte,
O moją zagrzałaś skroń
Dłonie zziębnięte.
Nie wolno patrzeć, nie wolno
Bez pieszczot w ciemność dokolną!
Zbłąkanych w obszarach pól
Nie złączy żaden sen złoty,
Ni lęk, ni zgroza, ni ból,
Nic - prócz pieszczoty!